Na PodlasieNa Podlasie

 

       Z początkiem kwietnia o. Bogdan Klóska zainaugurował tegoroczny sezon pielgrzymkowy. W dniach 6 i 7.04.2018 r. zorganizował i poprowadził 40-osobową grupę pielgrzymów
z Horyńca-Zdroju i okolic po sanktuariach Podlasia. Na tym terenie od XI w. ścierały się wpływy władzy ruskiej i polskiej. Ziemie te przechodziły z rąk do rąk. Na dłuższy czas, w 1044 r. zostały przyłączone do Rusi Kijowskiej przez księcia Jarosława. Wtedy też dosyć szeroką ławą napłynęli osadnicy ruscy z Wołynia. I choć kilka polskich wypraw odbijało nadbużańskie terytoria, to jednak tylko epizodycznie. Stopniowo ludność wołyńska wypierała Mazowszan i Mazurów na zachód. Ziemię brzeską i drohicką zaczęli Rusini nazywać Podlasze, jako leżącą u granic państwa Lachów – pod Lachami. Z czasem, dzięki miękkiej wymowie Mazurów, przyjęła się forma Podlasie. Od XIII do XV w. był to teren sporny między Mazowszem i Litwą. Po zawarciu unii polsko - litewskiej wszedł w obręb Rzeczypospolitej. Unia Lubelska w 1569 r., część Podlasia (ziemia drohicka i bielska) przekazała Koronie jako woj. podlaskie. Brześć z obszarem przyległym pozostał przy Litwie.

            Zamieszkująca te tereny ludność ruska, od czasów chrztu Rusi w 988 r., była wyznania prawosławnego. W 1596 r. w Brześciu, w celu powrotu do jedności kościelnej, zawarto tzw. Unię Brzeską. Powstała w ten sposób cerkiew unicka, inaczej grecko – katolicka. Administracyjnie została podporządkowana Watykanowi, ale zachowała wschodnią liturgię i obrządek. Dzięki wsparciu władz polskich rozwijała się dynamicznie na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Po rozbiorach Polski, władze Rosji, z którymi cerkiew prawosławna zawsze szła pod rękę, wydały zdecydowaną walkę unitom. Doprowadziły do faktycznej kasacji tego wyznania. Nie obyło się bez oporu kapłanów i wiernych. Był on jednak łamany wszelkimi możliwymi sposobami, także przy użyciu siły wojskowej. Padały strzały. Było wiele ofiar śmiertelnych. Prawosławie stało się wyznaniem dominującym. Po odzyskaniu niepodległości, praca nielicznego unickiego duchowieństwa i garstki wiernych doprowadziła do reerekcji kilkudziesięciu parafii neounickich. Różnią się one od tych nam najbliższych językiem liturgii. W sąsiadujących z nami cerkwiach językiem liturgicznym jest ukraiński, tam używa się cerkiewno – słowiańskiego. Te uwarunkowania historyczne spowodowały, że na dzisiejszym Podlasiu sąsiadują ze sobą kościoły katolickie i cerkwie prawosławne. Zachowała się już tylko jedna parafia neounicka.

            Na te właśnie tereny wiódł nasz szlak pielgrzymkowy. Pierwszym celem było sanktuarium maryjne w Kodniu. Wielką czcią cieszy się tu od 400 lat cudowny obraz Madonny Gregoriańskiej, zwanej także Matką Bożą z Guadalupe lub zwyczajnie Matką Bożą Kodeńską. Historia powstania tego wizerunku jest zawiła i sięga czasów apostolskich. Pierwowzorem była, wg legendy, niezwykłej urody figurka, wykonana przez św. Łukasz Ewangelistę. Zachwycony jej pięknem sprowadził ją do Rzymu benedyktyński mnich Grzegorz, późniejszy papież Grzegorz Wielki. Od niego pożyczyli figurkę benedyktyni prowadzący misję ewangelizacyjną w hiszpańskiej Guadalupe. W międzyczasie w Rzymie przebywał utalentowany malarsko zakonnik benedyktyński Augustyn, późniejszy apostoł Brytanii. Na podstawie rzeźby namalował monumentalny obraz przedstawiający Maryję w szatach królewskich z Dzieciątkiem na lewej ręce i berłem w prawej. Obraz ten przechowywany był w Watykanie w kaplicy papieskiej. W 1631 r. trafił do Kodnia, do nowo wybudowanego kościoła św. Anny. Historia jego przenosin mogłaby być kanwą scenariusza na sensacyjny film przygodowo – awanturniczy. Mikołaj Sapieha, właściciel Kodnia, ciężko chory, wybrał się do Watykanu, modlić się o uzdrowienie. Doznał tej łaski, prosząc Maryję przed opisanym wizerunkiem. Gorąco zapragnął by ten cudowny obraz znalazł się w Kodniu. Papież zdecydowanie się sprzeciwiał. Porwał się więc nasz bohater na czyn szalony. Wykradł obraz i w pośpiechu unikając pościgu, przewiózł do siebie. Został za to obłożony ekskomuniką. Po kilku latach udało mu się ułagodzić papieża Urbana VIII. Odbył wtedy pieszą pokutną pielgrzymkę do Watykanu. Wrócił pogodzony z kościołem. Cudowny wizerunek Matki Bożej Kodeńskiej otaczany był coraz większym kultem. Dzięki staraniom Sapiehów, w 1723 r. zostały nań nałożone papieskie korony. Było to trzecie tego rodzaju wydarzenie po Jasnej Górze i Trokach (Litwa). Kościół św. Anny uzyskał od O. Świętego Pawła VI tytuł Bazyliki Mniejszej. Zwiedziliśmy tę świątynię. Modliliśmy się przed Matką Bożą Kodeńską. Uczestniczyliśmy we mszy św. Wysłuchaliśmy opisanej przed chwilą historii.

            Kolejnym, niezbyt odległym naszym celem, były Kostomłoty. Znajduje się tu jedyna
w Polsce i prawdopodobnie w świecie neounicka parafia. Patronem tutejszej cerkwi od 1631 r. jest
św. Nikita. To wielce czczony na wschodzie święty, żołnierz i męczennik. Odpusty ku jego czci odbywają się ok. 15 września. O skomplikowanej historii powstania tej parafii i bieżącym jej funkcjonowaniu, niezwykle barwną opowieść, okraszaną tutejszą białoruską gwarą, a także próbkami języka cerkiewno – słowiańskiego, snuł pełen pogody i dowcipu ks. Zbigniew Nikoniuk.
Z jego opowieści wynikało także, że jest żarliwym polskim patriotą. Urzeczeni jego osobowością, pogodą ducha i dobrym humorem udaliśmy się w dalszą drogę do Pratulina.

            Przed tutejszą cerkwią w 1874 r. doszło do dramatycznych wydarzeń. Miejscowi unici nie chcieli przyjąć przysłanego przez władze carskie prawosławnego duchownego. Ten do pomocy sprowadził uzbrojony oddział żandarmerii. Także i w obliczu takiego zagrożenia miejscowi twardo bronili dostępu do swojej cerkwi, bronili swojej wiary. Padły strzały. Życie straciło 13 unitów. Z pamiątkowej tablicy wynika, że byli to tutejsi Rusini. Wszystkich, na czele z Wincentym Lewoniukiem, beatyfikował papież Jan Paweł II, podczas uroczystości w dniu 6.10.1996 r. w Rzymie. Słuchając opowieści o tych wydarzeniach, podziwialiśmy niezłomną postawę i głęboką wiarę tych prostych ludzi. Pomodliliśmy się za nich i ruszyliśmy w dalszą trasę, obierając kurs na św. Górę Grabarkę.

            To najbardziej znane w kraju prawosławne sanktuarium. Mówi się o nim, że to prawosławna Częstochowa. Od setek lat, z bliższych i dalszych zakątków Polski i zagranicy, podążają tu pielgrzymki wiernych. Idąc pieszo, pojedynczo lub w małych i większych grupach, niosą ze sobą drewniane krzyże – krzyże własnych trosk, smutków i radości, by złożyć je przed Chrystusem. Zostają te krzyże wbite w ziemię, na tej św. górze, zwanej też Górą Krzyży. Na jej szczycie stoi drewniana cerkiew Przemienienia Pańskiego. Od 1947 r. działa tu także prawosławny żeński klasztor świętych Marty i Marii. U podnóża wzgórza znajduje się cudowne źródełko. Woda z niego wiele razy pokazała swą szczególną moc, zwłaszcza w 1710 r. uzdrawiając chorych i chroniąc zdrowych przed epidemią cholery. Dlatego do dziś ludzie piją ją, obmywają chore i obolałe miejsca, zabierają ze sobą do domów. Wysłuchaliśmy opowiadania o tym sanktuarium, kontemplowaliśmy urodę i klimat jego urokliwego otoczenia, skorzystaliśmy z cudownego źródełka i ruszyliśmy na północ.

            Przejeżdżając przez Białystok, dotarliśmy do Sokółki. Tu, w kościele parafialnym pw. św. Antoniego, miało miejsce zdarzenie określane później mianem cudu eucharystycznego. Podczas niedzielnej mszy św. 12.10.2008 r. w trakcie udzielania komunii św., kapłanowi wypadł konsekrowany komunikant. Zgodnie z liturgiczną procedurą, ksiądz włożył go do naczynka z wodą. Po tygodniu, w wydobytym z sejfu naczynku, pozostał fragment nierozpuszczonego komunikantu, a na nim wypukła czerwona plamka. Przeprowadzone badania wykazały, że ów wypukły fragment zbudowany jest z tkanki mięśnia sercowego. Ta cenna relikwia, Cząstka Ciała Pańskiego, przechowywana jest w kaplicy Matki Bożej Różańcowej. Jej kult stale się rozszerza. Eucharystyczne wydarzenie w Sokółce jest jedynym tego rodzaju w dziejach polskiego Kościoła. Na świecie odnotowano 132 podobne przypadki. Pierwsze miało miejsce 750 lat temu we włoskiej miejscowości Lanciano. Byliśmy tam w 2013 r. wraz z o. Bogdanem. Przeżywając spotkanie z cudowną hostią w Sokółce, wracałem wspomnieniami do tamtej pielgrzymki. Wysłuchaliśmy relacji miejscowego kapłana o tych nadzwyczajnych wydarzeniach. Obejrzeliśmy film. Jeszcze chwila czasu na osobistą adorację. Jeszcze zakupy pamiątek i dewocjonaliów i wyjazd na nocleg do Świętej Wody.

            Jest tu bardzo prężnie, zwłaszcza od czasów erygowania parafii w 1997 r., rozwijające się sanktuarium Matki Bożej Bolesnej. Obszerne wzgórze na pierwszy rzut oka przypomina Świętą Górę Grabarkę, z niezliczoną ilością krzyżyków i krzyży. Od wczesnych godzin rannych, przy bardzo rześkiej pogodzie (w nocy było -5 stopni), zwiedzaliśmy to osobliwe miejsce. Zaczerpnęliśmy wody z cudownego źródełka. Ci z nas, którzy byli tu wcześniej, podziwiali zaszłe zmiany. Zaproszeni przez kustosza ks. Alberta Butwiłowskiego, uczestniczyliśmy we wspólnej modlitwie i wysłuchaliśmy pogadanki o przeszłości, dniu dzisiejszym i planach rozwoju Świętej Wody.

            Następnym przystankiem na naszym pielgrzymkowym szlaku było Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Białymstoku. Z daleka, na fasadzie współczesnej świątyni widoczny jest słynny obraz Jezusa Miłosiernego. Białostockie sanktuarium jest również miejscem kultu bł. ks. Michała Sopoćki. Był on wielkim orędownikiem i misjonarzem miłosierdzia bożego. Swego czasu był spowiednikiem i duchowym współpracownikiem s. Faustyny Kowalskiej podczas jej pobytu w Wilnie. Relikwie obojga znajdują się w tutejszym kościele. Do budynku kościelnego przylega odrestaurowany ołtarz papieski z wizyty papieża Jana Pawła II z 1991 r., przeniesiony z terenu lotniska sportowego. Zwiedziliśmy całe sanktuarium. W wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego uczestniczyliśmy w bardzo uroczyście odprawionej przez o. Bogdana mszy św. w naszej intencji. Po chwili indywidualnej adoracji udaliśmy się w drogę powrotną do domu.

            Na naszej trasie leżała Włodawa. Wstąpiliśmy tam do klasztoru oo. paulinów, którzy są gospodarzami kościoła pw. św. Ludwika. To piękna barokowa świątynia ufundowana przez litewskiego arystokratę Ludwika Pocieja. Nie mogliśmy jej zwiedzić, gdyż trwała tam adoracja. Po klasztorze oprowadził nas brat Józef. Miło się z nim rozmawiało, gdyż jest naszym krajanem – pochodzi z Krowicy Samej. Po obiadokolacji tranzytem wróciliśmy do Horyńca.

            Spędzając sporo czasu w autokarze, przyglądaliśmy się mijanemu krajobrazowi. Zauważyliśmy, że Polesie i Podlasie to tereny niezamożne. Na wioskach dużo jeszcze domów drewnianych. Zachowało się mnóstwo stodół. Wiele zagród poopuszczanych. Na horyzoncie sporo młodych zagajników – liczne użytki rolne obsadzono lasami. W większych wioskach i miastach, obok kościołów stoją cerkwie, różne jednak od tych, które znamy z naszych okolic. To cerkwie prawosławne. Trwał tam akurat Wielki Tydzień. W piątkowe popołudnie widzieliśmy przy cerkwiach tłumy ludzi. W sobotni ranek, z koszykami ze święconką, szli podobnie jak my, święcić pokarmy. Mając w pamięci mądrego i dobrego ks. Zbigniewa z Kostomłotów i jego parafian, patrząc na pobożność ich prawosławnych sąsiadów, nasunęło mi się szereg refleksji. Wierzymy w tego samego Boga. Jesteśmy jego dziećmi. Dlaczego patrzymy na siebie nieufnie? Dlaczego my katolicy uważamy ich za chrześcijan „gorszego sortu”? Skąd te podziały? Wg ks. Zbigniewa, rozłam kościoła w 1054 r. spowodowała ludzka pycha i chciwość. Zawiniło kilku kościelnych decydentów. Konsekwencje już przez blisko tysiąc lat ponoszą miliony.

                                                                                                            Mikołaj Mach

                                                                                                            uczestnik pielgrzymki

Wróć