Śladami wielkości PolskiŚladami wielkości Polski

Pielgrzymka na Kresy – śladami wielkości Polski

 

W 100-lecie odzyskania niepodległości o. Bogdan Klóska zorganizował drugą już w tym roku pielgrzymkę i poprowadził ją także po raz drugi na zachodnią Ukrainę. O wyborze tego kierunku decydowały sentymenty historyczne. Wszak te tereny z dawien dawna polskie, z przerwami na czas rozbiorów, wróciły do nas po odzyskaniu niepodległości i po wojnie 1920 roku. Były nasze do 1939r. Utracone po II wojnie światowej najpierw wchodziły w skład ZSRR, a po jego rozpadzie są częścią niepodległej Ukrainy. Jednak „polski pług” przeorał je głęboko i pozostało po nim wiele pamiątek. Mają one dla nas niezwykłą siłę przyciągania. Zdąża więc na wschód mnóstwo polskich wycieczek i pielgrzymek. Ten ruch pielgrzymkowo-turystyczny ułatwiają liczne przejścia graniczne.

We wtorek 21.08.2018r. we wczesnych godzinach rannych, nasza 50-osobowa pielgrzymka skierowała się na przejście graniczne Hrebenne-Rawa Ruska. Pierwszym naszym celem była Żółkiew. Dziś to kilkunastotysięczne miasteczko. W 1603r. lokował je na terenie istniejącej wsi Winnica Stanisław Żółkiewski, swego czasu druga po królu (Zygmunt III Waza) osoba w Rzeczypospolitej – hetman wielki koronny i kanclerz. Jeden z najwybitniejszych wodzów w naszej historii. W 1610r. zwyciężył pod Kłuszynem wielokrotnie liczniejsze wojska rosyjsko-szwedzkie. Wprowadził do Moskwy polską załogę. Wziął do niewoli cara Wasyla Szujskiego i jego brata Dymitra. W życie publiczne wprowadzał go wielki Jan Zamoyski. Od niego uczył się pracy dla państwa i dyplomacji. Na jego Zamościu wzorował się budując Żółkiew. Od niego także uczył się wojaczki. W 1659r. wspólnie walcząc pod Cecorą podporządkowali Polsce Mołdawię. 25 lat później, w 1620r. w tym samym miejscu stoczył przegraną bitwę z Turkami. Podczas odwrotu doszło do paniki. 75-letni hetman nie chciał przeżyć klęski, odmówił konnej ucieczki, zginął walcząc do końca. Jego ciało za ogromną sumę wykupiła wdowa. Spoczywa w krypcie kolegiaty, którą sam wybudował. Po tej świątyni pw. Św. Wawrzyńca oprowadzał nas ksiądz Józef Legowicz . Kiedyś była perłą Żółkwi. Nazywano ją „skarbcem narodowych pamiątek” i „panteonem rycerskiej sławy”. Wisiały w niej ogromne, batalistyczne obrazy „Bitwa pod Kłuszynem”, „Sobieski pod Chocimiem”, „Sobieski pod Parkanami”, „Sobieski pod Wiedniem”. Za czasów ZSRR kolegiatę zamieniono na magazyn. Malowidła zdemontowano. Przechowywane są w muzeum w Olesku. Po upadku imperium sowieckiego rozpoczęła się mozolna renowacja. Dziesiątki polskich konserwatorów i studentów, zawłaszcza w okresie wakacji, pracuje przy jej odnowie. Prace te finansuje wiele polskich instytucji oraz ukraińskie Towarzystwo Ochrony Zabytków ze Lwowa. Po wysłuchaniu tych informacji  uczestniczyliśmy we mszy świętej, odprawionej przed o. Bogdana. Obejrzeliśmy także  wielokrotnie przebudowywany zamek Żółkiewskich, a z okien autokaru inne ciekawsze zabytki miasta, m.in. ruiny ogromnej synagogi oraz klasztoru i kościoła dominikanów (dziś cerkwi unickiej), w którym znajdują się nagrobki Marka Sobieskiego, starszego brata króla i ich matki. Miasto wypiękniało po Euro 2012. Na Ukrainę popłynął wtedy strumień pieniędzy z UE. Żółkiew była, obok Jaworowa i Wilanowa, ulubioną siedzibą Jana III Sobieskiego. Warto odnotować także, że w okresie ZSRR nosiła nazwę Niestierowo, na cześć radzieckiego pilota – akrobaty, który zginął w jej pobliżu. W miejscu tym stoi stosowny poradziecki pomnik – przejeżdżaliśmy obok.

Z miasta Żółkiewskich, obecnie Żowkwy, skierowaliśmy się na południe do odległego ok. 7km bazyliańskiego klasztoru w Krechowie. Położony jest w urokliwym miejscu, na skraju wału Roztocza Południowego, w obrębie Jaworowskiego Parku Narodowego. Zadbany i pięknie zachowany posiada charakter obronny. Całość otoczona murami. Przed nimi fosy. Piękna ozdobna brama wejściowa. Wewnątrz budynki klasztorne i dwie cerkwie – drewniana i murowana. W tej drugiej pw. św. Mikołaja, przechowywany jest słynący niegdyś na naszym terenie łaskami obraz, a właściwie ikona, Matki Boskiej Werchrackiej. W przeszłości zdobił cerkiew na wzgórzu monasterskim k. Werchraty
 i był jego największą świętością. Gospodarzami byli tam przez ok. 100 lat bazylianie. Decyzją władz austriackich zostali w 1906r. przeniesieni do Krechowa. Cztery lata później dotarła tam także cudowna ikona. Pomodliliśmy się przed nią, zwiedziliśmy cerkiew i resztę klasztornych obiektów, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę.

Najpierw skierowaliśmy się na południe w stronę Janowa Lwowskiego (dziś Iwanofrankowe), by po ok. 20km skręcić na wschód. Przez Brzuchowice wjechaliśmy do Lwowa. Pierwszym naszym celem był Wysoki Zamek – symbol Lwowa i miejsce, w którym rozpoczęła się jego historia. Na tym wzniesieniu w 1256r. książę Daniel rozpoczął budowę grodu. Na cześć swego syna Lwa nazwał go Lwowem. Pierwsze umocnienia  były drewniane. Dopiero Kazimierz Wielki kazał z ciosów kamiennych wznieść zamek i otoczyć go murami obronnymi. W czasie powstania Chmielnickiego został on zdobyty i zniszczony przez Kozaków Maksyma Krzywonosa. Odbudowany padł ofiarą najazdu szwedzkiego. W 1869r. z okazji  trzechsetnej rocznicy uchwalenia Unii Lubelskiej rozpoczęto sypanie kopca. Pomysłodawcą, inicjatorem i lokomotywą przez kilkanaście lat był Franciszek Smolka, późniejszy  prezydent parlamentu austriackiego. To niezwykła postać: z ojca – Niemca i matki – Węgierki był całym sercem Polakiem. Niezmierną siłę przyciągania miała wtedy polska kultura. Budowa kurhanu trwała wiele lat. Przywieziono nań ziemie z pól bitewnych Rzeczypospolitej, z grobów wielkich Polaków. Stoki kopca umocniono kamieniami z ruin zamku kazimierzowskiego. Weszliśmy na szczyt, skąd podziwialiśmy niezwykłą panoramę miasta. Franciszkowi Smolce i jego dziełu lwowski poeta poświęcił wiersz. Oto fragment:
 „(…) Stoji sy nad Miastem moja sztuczna góra,
Wiatry ku nij lecu zy wszystkich stron świata;
To w słońcu jaśnieji, to utoni w chmurach,
Srebrna w śniegach zimy, zilona w czas lata…”

Z Wysokiego Zamku udaliśmy się na Cmentarz Łyczakowski, obowiązkowy punkt programu każdego Polaka, odwiedzającego Lwów. Wzruszaliśmy się przy grobach sławnych rodaków. Podziwialiśmy liczne i piękne rzeźby nagrobne – niektóre to prawdziwe arcydzieła. Poruszająca była wizyta na Cmentarzu Orląt, czyli młodych obrońców Lwowa z 1918r. Poruszająca właśnie w kontekście 100-tnej rocznicy odzyskania niepodległości. Wysłuchaliśmy ciekawostek historycznych związanych z tą wojskową nekropolią. Cmentarz Orląt i cały Cmentarz Łyczakowski są jednymi z najpiękniejszych w Europie, a dla Polaków z pewnością także najważniejsze obok Rakowickiego w Krakowie, warszawskich Powązek i Rossy w Wilnie. Dzień zakończyliśmy w podlwowskich Brzuchowicach, gdzie udaliśmy się na nocleg.

Drugi dzień pielgrzymki zaczęliśmy od wizyty w katedrze łacińskiej. Kiedyś była - i dziś jest znowu siedzibą lwowskich metropolitów obrządku łacińskiego. Zwiedziliśmy ją, wysłuchaliśmy informacji przewodnika, następnie zostaliśmy przez o. Bogdana zaproszeni przed sam ołtarz do uczestniczenia
w uroczystej mszy świętej. Wiele wzruszeń przeżyliśmy przed tym ołtarzem. Trudno było skupić się na nabożeństwie. Wyobraźnia przeniosła mnie do 1 kwietnia 1656r. Wtedy właśnie, od tego ołtarza, król Jan Kazimierz składał słynne śluby lwowskie. Przybyły z wygnania, oddał siebie i kraj pod opiekę Matki Bożej. Przyrzekł poprawić los pospólstwa. Słuchało słów królewskich liczne zgromadzenie – było duchowieństwo, senatorowie, szlachta i gmin. Po skończonej przysiędze w kościele zrobiło się wielkie poruszenie. Opowiadał nam swego czasu ks. Józef Niżnik, kustosz sanktuarium św. A. Boboli w Strachocinie, że to właśnie ów święty był autorem tekstu królewskiej przysięgi. Niesamowite były przeżycia w tej katedrze: i dawna historia i ta obecna uroczysta msza święta.

Z katedry najbliżej było na rynek. Zwiedzaliśmy go indywidualnie. Naszą uwagę zwrócił niezwykły wygląd słynnej Czarnej Kamienicy. Straciła swój kolor, wyszarzała. Trwał akurat remont elewacji. Chciałoby się tu zjawić za rok i zobaczyć ją odświeżoną. Po obiedzie p. Ignacy zaproponował nam kilkugodzinny spacer po starówce. Zwiedziliśmy przepiękną, niezwykle pieczołowicie odnowioną, katedrę ormiańską. Warto przypomnieć, że Lwów jest siedzibą trzech biskupów – łacińskiego, ormiańskiego i grekokatolickiego. Wstępowaliśmy do kilku kościołów i cerkwi. Zachwycaliśmy się przepięknymi pałacami, kamienicami, budynkami teatrów, gmachem opery, budynkiem Ossolineum, siedzibą dawnego Sejmu Krajowego i mnóstwem innych obiektów historycznych. Podziwialiśmy liczne lwowskie pomniki. Słuchaliśmy fantastycznych opowieści o historii dawnego Lwowa. Zmęczeni, ale zadowoleni wracaliśmy do domu. Tym razem, ze względu na mniejsze kolejki, skierowaliśmy się na przejście graniczne Hruszew-Budomierz.

Byłem wiele razy we Lwowie, w tym dwukrotnie rowerem. Za każdym razem dowiadywałem się czegoś nowego. Tym razem zwróciłem uwagę na wielką zamożność dawnego grodu nad Pełtwią. Swego czasu, w XVI i XVII wieku, tylko Gdańsk był od niego bogatszy. Zadziwiająco dużo zabytków zachowało się w dobrym stanie. Miał może Lwów więcej szczęścia w historii, ale miał także mądre, roztropne władze, które troszczyły się o swoje miasto. Ominął je dzięki temu los Warszawy, wielokrotnie niszczonej.

W trakcie tej pielgrzymki wędrowaliśmy śladami wielkości Polski i jej upadku. Widoczne one były już w żółkiewskiej kolegiacie. W krypcie sarkofagi wielkich Polaków – Żółkiewskich i Sobieskich. W nawie głównej ogołocone ściany po malowidłach sławiących ich dokonania. Podobnie we Lwowie, obok pięknego rynku, łacińskiej katedry, stoi gmach Sejmu Krajowego. Była to wszak siedziba tylko autonomicznych władz Galicji, części składowej Austro-Węgier.

Zwiedziliśmy wiele kościołów, wszystkie nabierają blasku i pięknieją. Są prawdziwą ozdobą miasta. Trudno dziwić się wielkiemu piewcy urody dawnego Lwowa, Henrykowi Zbierzchowskiemu, który poświęcił im i miastu wzruszający wiersz:
        „A jeśli na gwiazd pójdę połów
         I zamknie moje znużone powieki
         Śmierć swoją dłonią – tak zimną jak ołów,
        Jeszcze zobaczę, jak obraz daleki:
        Te białe wieże Twych cudnych kościołów
        Jak się z oparów wyłaniają rzeki -
        I jak się pławią w wieczornej godzinie
        W bladym, przeczystym niebios seledynie…
        Kocham cię, Lwowie!”


                                                                Mikołaj Mach

Wróć